Letni sezon startuje w najlepsze, ale dla wielu polskich rodzin wyjazd nad Bałtyk czy w Tatry to coraz większy luksus. Wszechobecna drożyzna, opłaty klimatyczne i kosmiczne ceny parkingów sprawiają, że wypoczynek we własnym kraju staje się wyzwaniem. Czy lokalne władze i biznes zapomniały o umiarze, próbując złupić rodaków?
Czerwcowy długi weekend i początek wakacji to moment, w którym polskie miejscowości turystyczne pękają w szwach. Jednak z roku na rok uśmiechom urlopowiczów towarzyszy coraz większy grymas przy płaceniu rachunków. W sieci znów pojawiają się zdjęcia tzw. “paragonów grozy” – za rybę z frytkami, gałkę lodów czy wejście na molo trzeba zapłacić bajońskie sumy.
Winę za ten stan rzeczy często zrzuca się na globalną inflację. Jednak zwykli Polacy widzą, że problem leży głębiej. Wielu przedsiębiorców traktuje krótki letni sezon jako okazję do maksymalnego, szybkiego zysku kosztem jakości usług. Brakuje długofalowego myślenia o budowaniu lojalności klienta.
Nie bez winy są również lokalne samorządy, które traktują turystów jak darmowe źródło dochodu. Wszędobylskie, drogie strefy płatnego parkowania, wysokie opłaty klimatyczne pobierane często w miejscach o wątpliwej czystości powietrza oraz brak darmowych toalet to standard w wielu kurortach. Urzędnicy potrafią sprawnie stawiać parkometry, ale znacznie gorzej idzie im dbanie o porządek i czystość w przestrzeni publicznej.
„Zostawiam w kraju moje ciężko zarobione pieniądze, wspieram polską gospodarkę, a czuję się jak intruz, którego jedynym zadaniem jest wyciągnięcie portfela” – mówi pani Katarzyna, która w czerwcu zabrała dzieci do jednej z nadmorskich miejscowości. „W Chorwacji czy Grecji standard często jest wyższy, a ceny porównywalne. To przykre”.
Państwo i samorządy muszą zrozumieć, że turystyka to ważna gałąź gospodarki, o którą trzeba dbać. Należy wspierać lokalny biznes, ale jednocześnie chronić konsumentów przed jawnym wyzyskiem. Ograniczanie absurdalnych lokalnych podatków i opłat to pierwszy krok. Polskie rodziny mają prawo do odpoczynku we własnym kraju, bez poczucia, że padły ofiarą turystycznego haraczu organizowanego przez lokalne elity.